Pokazywanie postów oznaczonych etykietą eseje i opowiadania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą eseje i opowiadania. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 czerwca 2026

Przeistoczenie


  Murowałem całą noc. Nie po to, żeby się ukryć, wiedziałem, że bez problemu, wcześniej lub później, mnie znajdą. Dom, w którym zamurowano wszystkie drzwi i okna przyciągnie uwagę; przecież do tej pory wszystko było w porządku. Dom starszych państwa (moich dziadków) na peryferiach miasta co prawda od dawna był opuszczony (dziadkowie zmarli wiele lat temu), ale to nie powód, żeby go zamurowywać. To jakiś absurd. Nikt tak nie robi. 
  Ludzie będą więc wokół niego krążyć, ich dociekliwość zacznie rozprzestrzeniać się jak zaraza i w końcu do oficjeli wszelkiej maści, mundurowych, biurokratów, wojskowych, sługusów Matrixa, których samo istnienie przyprawiało moją duszę o dreszcze, dotrze wieść o zamurowanym domu. Zwłaszcza, że przestanę odbierać pocztę, telefony, nie będę stawiać się na żadne wezwania, próbując udowodnić bezzasadność jakichkolwiek zarzutów.  
  Choć to nawet nie były zarzuty, tylko przyjęte z góry założenia. Pewnie dlatego, że przez całe życie starałem się nie rzucać w oczy, trzymałem się terminów, płaciłem podatki, przechodziłem tylko na zielonym świetle, ustępowałem z drogi, usuwałem się w cień. Czyli miałem coś na sumieniu. Niewinny się tak nie zachowuje. 
  Nikomu, a już na pewno żadnemu z nich, nie przyszło do głowy, że chcę tylko świętego spokoju. Że zachowuję się tak, jak się zachowuję, aby przenigdy nie mieć z nimi nic wspólnego, że nie chcę narażać swojego wnętrza na szwank, na kompletny, niekontrolowany rozstrój. Że wyrwałem się z toksycznego domu i należy mi się odpoczynek. Reset. Być może będę musiał resetować się do końca życia. Uczył się oddychać. Bez zastanawiania się nad każdym słowem, tak jak to było w rodzinnym domu. Wypełzłem z niego, a nie się wyprowadziłem. Sunąłem łokciami i kolanami po gruzie, zryłem skórę do żywego, wyłem z bólu, ale tylko w środku, moja matka ma bowiem słuch jak nietoperz; gdy tylko zdarzyło mi się głębiej westchnąć od razu słyszałem jej pytanie zwykle zaczynające się od:
  "Dlaczego...?" 
  Krew zastygała mi wtedy w żyłach. Matka przyszpilała mnie nim w najmniej oczekiwanych momentach. W dodatku nie uznawała żadnych moich odpowiedzi za wiążące. Każda z nich wywoływała tylko kolejne pytanie - jak na niekończącym się  przesłuchaniu. W rezultacie, nieustająco, czułem się emocjonalnie wymięty. 
  Niemal więc (miało się tę motywację) zaharowałem się na śmierć, pracując po kilkanaście godzin na dobę i oszczędzając na mieszkanie - żeby kupić je bez kredytu. Nie chciałem kolejnych pytań od bankowców. Dokonałem niemożliwego, ale o tamtych, od wezwań wszelkiego sortu, w ogóle wtedy nie myślałem. O tym, że to nie może przejść bez echa. Znacie kogoś bez kredytu? No właśnie. To pewnie też ściągnęło mi ich na kark. 
  We względnym spokoju, przerywanym czasami telefonami od matki, po których, każdorazowo, chodziłem po swojej kawalerce jak tygrys po klatce, rycząc, nawykowo, wyłącznie do środka, spędziłem więc zaledwie jakieś trzy lata. Nie pamiętam teraz dokładnie. Teraz skupiam się na dokładaniu cegieł. Mija kolejna godzina, a ja wciąż nie wierzę, że to się dzieje naprawdę, a w takim rozstrojeniu pamięć płata figle; chcę jednak zdążyć przed świtem, zanim ktoś tu się napatoczy.  
  Choć oni i tak po mnie przyjdą, nie mam co do tego złudzeń. Sami może nawet by się tu nie zjawili, ale ci wgapiacze, którzy będą tędy defilować, w końcu ich wezwą. Będą musieli zaspokoić swoją ciekawość. Im też z kolei nie przyjdzie do pustych bani, że za tym, co widzą, kryje się czyjeś pragnienie, coś w co nie należy wściubiać głupiego nochala. Ludzie już tak mają, dlatego ciągle jestem podnerwiony. Bo tego nie kapuję. Dlaczego ludzie nie żyją własnym życiem, czemu są takimi tchórzami? To na mnie działa jak płachta na byka, podminowuje i pewnie to ciągłe napięcie także ściągnęło tamtych do mnie. Ten, kto się napina, coś ukrywa. Ja piórkuję, ja naprawdę jestem winny, oni mają rację. Jestem winny temu, że żyję. Od samego początku, starzy pierwsi o tym wiedzieli - na pewno nie byłem planowanym dzieckiem. Ani tym bardziej chcianym. 
  Skończyłem. Gdy tylko wpasowałem ostatnią cegłę, momentalnie otuliły mnie ciemność i cisza. Jakbym znalazł się w kokonie. Aż mnie zatkało. Ale już po chwili poczułem nieznane dotąd ukojenie. Myślałem, że gdy skończę, będę się bał. Że taki odizolowany, samotny (to akurat nic nowego), że zamknięcie, że przecież kocham otwartą przestrzeń. A tymczasem - jest dobrze. Trochę tym zdziwiony, położyłem się na starej wersalce dziadków, na parterze; sam nie wiem kiedy, zasnąłem.  
  Tej pierwszej nocy nic mi się nie śniło, nic się nie wydarzyło. Ciemność w ciemności, pływałem po dnie prastarego oceanu, unosiły mnie wody płodowe pramacierzy. Na krótko obudziłem się w środku nocy - otaczający mnie mrok był taki sam, jak ten ze snu, nieprzenikniony, gęsty, można by go zgarniać łychą. Może zresztą tylko przyśniło mi się to przebudzenie, może śniłem siebie otwierającego oczy w uwięzionej murami ciemności. 
  Gdy byłem mały, bałem się jej; tego co może ze sobą przynieść. Co można ujrzeć podczas nagłego przebudzenia. Kogo. Ja pewnej nocy zobaczyłem matkę. Stała nade mną w białej piżamie i wpatrywała się we mnie. Myślałem, że popuszczę w gacie, jednak zamiast tego bezwiednie otworzyłem usta. "Co się stało, kochanie?" - usłyszałem jedno ze znanych mi na pamięć pytań. "Dlaczego chcesz od nas uciec? Czy aż tak ci z nami źle?" Trzy pytania w jednej serii. Nie odpowiedziałem, tylko rano zrobiłem to, co zamierzałem - umyłem się jak zwykle, po czym wytargałem z szafy spakowaną na okoliczność ucieczki z domu torbę i wyszedłem. Matka śledziła każdy mój ruch, zadawała pytania, błagała, żebym został, ocierała łzy. Ojciec, od jakichś dwóch godzin, jak co dzień, był w pracy, choć zapewne o moim planowanym wojażu również wiedział. Myślę, że miał to gdzieś. Choć prędzej pewnie zakładał, że albo nigdzie się nie wybiorę, albo biegiem do nich wrócę z podkulonym ogonem. 
  To, że wrócę i że mój plan spalił na panewce stało się jasne już w chwili, gdy nocą nawiedziła mnie rodzicielka biało odziana w piżamę. Ucieczka bowiem, która jest wiadomą, wyjawioną sprawą, przestaje być ucieczką. Pojąłem to już po kilkunastu godzinach. Brakowało mi orientacji i ufności do ludzi. Wszędzie też czułem obecność matki, napiętą, zatrwożoną. Nie odstępowała mnie na krok. 
  Wróciłem zatem. Również po to, żeby spojrzeć w oczy kolesiowi, któremu zwierzyłem się ze swojego planu i którego do tamtej pory uważałem za przyjaciela. Gnojek specjalnie zadzwonił do mojej matki, żeby donieść jej o moim pomyśle. Wiedział, jaką mam z nią jazdę, zrobił to z czystej złośliwości. Więcej kumpli w życiu nie miałem. 
  Od tamtej pory bałem się więc nocnych niespodzianek; niestety nawet gdy już mieszkałem sam, zdarzało mi się obudzić w nocy, usiąść na łóżku i nerwowo rozejrzeć dookoła. Stało się to najwyżej kilka razy, ale to i tak za dużo.  
  A tu się obudziłem, nawet nie wiedząc czy na jawie, czy we śnie, i z powrotem, ufnie, odpłynąłem w mrok.
  Poranek rozpoznałem po rozproszonym świetle, które przenikało przez liczne szpary między cegłami. Wewnątrz domu panowała mrocznawa szaruga, ale jakoś nie chciało mi się zapalać latarki. Przeżułem leniwie kanapkę, popiłem herbatą z termosu i... zasnąłem z powrotem. Byłem jak podróżnik, który wrócił z daleka do domu i musi teraz odespać trudy wyprawy. Odzyskać energię, którą zużył na lata harówy, na jałowe rozmowy z ludźmi, z którymi nic go nie łączyło, no i na ostatnie atrakcje - wielomiesięczne chodzenie od okienka do okienka i tłumaczenie się z tego, że nie jestem tym za kogo mnie biorą. Na wypełnianie formularzy pełnych absurdalnych pytań. Zrobiłem wszystko, co w mojej mocy, żeby być wolnym człowiekiem, ale okazało się, że inwigilacja, która towarzyszyła mi od dzieciństwa, ciągnie się za mną jak siwy dym, że tylko przybywa przesłuchujących, zupełnie jakby sprzymierzyli się z moją matką. 
  A może ona była od nich? Może dla nich pracowała? Uśmiechnąłem się do siebie na tę myśl. To było mało prawdopodobne. Oni byli bezwzględni, ona, co by o niej nie mówić, była bardziej wrażliwa niż dziesięciu ludzi razem wziętych. To były dwa światy. Łączyła je jednak paranoja na moim punkcie. 
  Z tą wesołą myślą znów zasnąłem i tym razem śniłem. W środku dnia. Chyba. Mogło się przecież ściemnić na zewnątrz (co zobaczyłem w międzyceglanych przesmykach) z powodu nadchodzącej burzy. Śniłem głęboko i realistycznie, jak nigdy dotąd. 
  W tym pierwszym śnie znów znalazłem się na szpitalnym korytarzu, jak kiedyś na jawie, w dzieciństwie. Znów miałem jakieś dziesięć lat. Matka, wówczas najważniejszy dla mnie człowiek na ziemi, dostała ataku serca (o czym nie wiedziałem), w związku z czym wylądowaliśmy w nocy w szpitalu. Zabrano ją pewnie do jakiejś sali, ojciec, jak sądzę, rozmawiał z lekarzami, może załatwiał jakieś formalności, nie mam pojęcia. Nie mam pojęcia, bo zostałem sam w pustym szpitalnym korytarzu. Jaskrawo oświetlonym, lodowato zimnym, obcym, otchłannym. 
  Zostałem sam na świecie. Byłem tak przerażony, że nawet nie płakałem. Nie czułem żalu do ojca o to, że zostawił mnie samego, że nie wziął mnie ze sobą tam, gdzie był, bo wszystko byłoby lepsze niż ta jarzeniowa otchłań. Nie czułem do niego żalu, bo ojciec zniknął wraz z całym światem. 
  Nagle jednak, siedząc na jednym z krzeseł ustawionych pod ścianą,  usłyszałem dźwięk, który mnie otrzeźwił. 
  Stukot drewniaków.  
  Spojrzałem w stronę skąd dochodził i na końcu korytarza zobaczyłem idącą nim w moją stronę pielęgniarkę. Wszystko od razu wróciło na swoje miejsce. Oto znalazłem się w szpitalu, a nie w bezdennej czeluści. Jestem dzieckiem, a korytarzem idzie pielęgniarka. Ja potrzebuję pocieszenia, ona zajmuje się pomaganiem. Zaraz znajdzie się przy mnie i powie coś miłego, może zaprowadzi mnie do ojca. 
  Jakże się myliłem. Pielęgniarka nawet na mnie nie spojrzała. Miała wprawę – założyłem tak po wielu latach - nie udawała, że mnie nie widzi, ja dla niej po prostu nie istniałem. Taki miała tryb pracy, nic ponad normę. 
  Ostatnio jednak, ku swojemu zaskoczeniu, uświadomiłem sobie coś innego. To mianowicie, że na ostrych dyżurach mało kto ma czas, żeby zająć się dzieckiem spokojnie siedzącym na korytarzu. To dziecko nie krwawi, nie zwisa mu bezwładnie, pod niemożliwym kątem, żadna kończyna. Dziecko jest przytomne, nie wyje, nie krzyczy, jak wielu innych, którzy trafiają na ostry dyżur, nie próbuje wyrywać sobie włosów, zębów ani paznokci, nie próbuje też zrobić tego nikomu innemu. Jest w luksusowej sytuacji. Co prawda, tylko w porównaniu z innymi, ale…
  Ale nikt nie widzi jego wnętrza. 
  W moim zaś wnętrzu zadziało się coś, czego wtedy nie mogłem zrozumieć. Bo przedtem tylko patrzyłem w przepaść, przyglądaliśmy się sobie, nie wiedziałem, że oczekująco, nie wiedziałem, czego to oczekiwanie mogłoby dotyczyć. 
  Kiedy kobieta minęła mnie, jakbym nie istniał, kiedy umilkł stukot jej drewniaków, uległem otchłani, poleciałem w nią. Może zemdlałem, nie pamiętam. Nie pamiętam też, kiedy zjawił się ojciec.  
  To zdarzenie stało się dla mnie potężną traumą. 
  Aż do tej nocy. We śnie (od zawsze miałem dryg do świadomego śnienia) wszystko pozmieniałem, napisałem nowy scenariusz. Już nie siedziałem, jak bezradny dupek żołędny, sam w pustym tunelu wchłanianym przez mrok z innego wymiaru. To znaczy siedziałem, ale niedługo. Ledwo skumałem we śnie gdzie jestem - że znowu na tym samym szpitalnym korytarzu - momentalnie zjawił się przy mnie ojciec. Kazałem mu przyjść myślą swą wysłaną poprzez przestrzeń i czas. Do jedynego syna, jakiego miał - przyjść i ocalić go, zanim wsączy się w jego krwiobieg coś, czego przez lata nie będzie mógł się pozbyć. 
  Przywołany ojciec pochylił się nade mną z troską. Taki wyraz twarzy widywałem u niego na jawie tylko wtedy, gdy psuł mu się samochód. Z takim właśnie zaniepokojeniem kazałem mu teraz dotknąć mojego ramienia i powiedzieć:
  - Nie martw się, synku. Mama miała atak serca… To znaczy – bardzo rozbolało ją serduszko, ale wszystko jest już dobrze, tu są świetni lekarze. Pojedziemy teraz do domu, a mama wróci do nas za kilka dni. Zresztą będziemy ją odwiedzać. Poradzimy sobie, będziemy dzielni. Prawda?
  W odpowiedzi tylko kiwnąłem głową. Widocznie nawet we śnie nie uważałem, że ojciec zasługuje na więcej. Albo zwyczajnie pasowało mi to do śnionego scenariusza. 
  Obudziłem się, płacząc. Płakałem łzami, których zabrakło mi tamtej nocy. Szlochałem tak, że aż zaczęło rwać mnie w klatce piersiowej, więc się opamiętałem. Głupio byłoby, gdyby po mnie przyszli i zastali w środku trupa. Poza tym, bardzo zaintrygowało mnie to, co się we mnie odbywa, jaki fascynujący, transformujący proces. Przynajmniej tak się to zapowiadało.  
  W kolejnych snach napływały do mnie pozostałe wydarzenia z przeszłości. Nieprzepracowane, trzymające mnie na uwięzi kotwice. Matka, przeprowadzająca swoje globalne śledztwa w każdej, najbanalniejszej sprawie, też się naturalnie w nich pojawiła. Zadawała pytania, a ja w odpowiedzi na nie wybuchałem śmiechem (ta metoda sama mnie spontanicznie znalazła), więc dla odmiany czasem wyrzucał mnie z tych snów, niczym z katapulty, mój opętańczy rechot. W końcu, wskutek moich przeprogramowań, matka też zaczęła śmiać się razem ze mną. Pewnej nocy, gdy tylko wypowiedziała swoje "Dlaczego..." i już miała rozwinąć je w pytanie, nagle się zreflektowała, wejrzała w siebie. Doznała olśnienia, pojęła, jak niedorzeczne są jej przesłuchania. Wtedy właśnie zaczęła się śmiać, jak nigdy na jawie, na jawie w ogóle rzadko się choćby uśmiechała… A tutaj, w tym niezwykłym, ale bardzo realnym, choć trzeba się było do niego przedostać przez sen, wymiarze, nagle śmiała się do łez. A kiedy już się uspokoiła, oswoiła ze sobą na powrót, z taką, jaka była naprawdę, spojrzała na mnie z tak ogromną miłością, że znów się obudziłem, szlochając. Ale już nie tak wstrząsająco. 
  Nie wiem, ile dni i nocy byłem już zamurowany i nie miało to znaczenia. Odbywał się we mnie proces, który mógł dokonać się tylko tutaj. Czas go nie dotyczył. 
  Uwolniłem się od matki; a raczej - od pytającej, dręczącej siebie i mnie persony, jaką stworzyła. Uwolniłem się od innych osób i związanych z nimi zdarzeń, których energia podstępnie uwięziła mnie w marazmie, na bagniskach życiowej niemożności. Przemieniając przebieg tamtych historii, wkraczając w nie z mocą, jakiej mi onegdaj zabrakło, unikając emocjonalnych ciosów w splot słoneczny, zatrzymując w locie sztylety, które kiedyś wbiły się w moje serce, wyplątałem się w sposób łatwy i ekscytujący z traumatycznych więzów, z których istnienia w większości nawet nie zdawałem sobie sprawy - tak głęboko, niczym zmutowane ciernie, tkwiły w mojej psyche. 
  Sen zaś pomału stał się główną dziedziną mojego bytowania, budziłem się już tylko po to, żeby coś zjeść i wypić, śniłem natomiast dla samego śnienia. Nie musiałem już od nikogo uciekać. Przede wszystkim nie musiałem uciekać od siebie. Bo to tej niemożliwej sztuki chciałem dokonać, zanim oni nie zmusili mnie do tego, żebym się zamurował.
  Nie musiałem uciekać. Miałem siebie tylko odnaleźć. 
  I odnalazłem, a kiedy to się stało, okazało się, że jest mnie nieskończenie wiele, że istnieję w nieprzeliczonych wcieleniach, formach i wymiarach. Śniąc świadomie, mogłem stać się kim tylko chciałem, robić, co mi się podobało. 
  A najbardziej spodobało mi się latanie. Zaczęło się od zwykłego i zarazem bardzo realnego snu: pomagałem w nim motylowi, który obłąkańczo uderzał w szybę tuż obok otwartego okna w moim mieszkaniu. Nijak nie mogłem go pochwycić, jego przerażone roztrzepotanie zaczęło mi się udzielać, w całym śnionym ciele czułem napięcie i niepokój. W końcu więc wpuściłem do snu swoją świadomość i wtedy już momentalnie wiedziałem, co mam zrobić: kierowany odśrodkowym impulsem, odruchowo, jakby działo się to wiele razy przedtem, podstawiłem motylowi swój wskazujący palec, jakby to była gałąź, a motyl na nim - na niej - usiadł. Wystawiłem rękę za okno. Po chwili, która w moim odczuciu trwała eony, i w końcu zaczęła mnie jakoś organicznie, przez sen, niepokoić, motyl poderwał się do lotu. Z wielką energią wzbił się ponad wierzchołki drzew.
  Długo patrzyłem w ślad za nim, nawet gdy już zniknął. Nagle poczułem, że też tak chcę, że chcę wzbić się i polecieć; a skoro śniłem, moje życzenie od razu się spełniło. 
  Latania nie da się z niczym porównać. Nie znałem dotąd takich częstotliwości i wibracji. Powiedzieć, że byłem szczęśliwy, to nic nie powiedzieć. Byłem tym lotem, nic mnie od niego nie oddzielało. 
  Obudziłem się z uśmiechem na ustach. I jedyne, czego pragnąłem to zasnąć z powrotem. Jedzenia miałem coraz mniej, ale i coraz mniej go potrzebowałem. Im mniej jadłem, tym intensywniej śniłem. Na powrót do tak zwanej jawy, nawet tej zamurowanej, odseparowanej od kołowrotu, który nieustannie toczył się poza domem moich dziadków, miałem coraz mniejszą ochotę, na latanie - coraz większą. Chciałem go doświadczać coraz mocniej, intensywniej. Któregoś razu pomyślałem więc, że mógłbym na rzecz lotu zmienić swoją postać – przybrać inną formę niż ludzka, która coraz bardziej mnie nużyła i ograniczała. 
  Było to łatwe i kuszące; śnienie nie zna wszak żadnych granic. Co i raz stawałem się od tej pory innym stworzeniem, najczęściej jednak ptakiem; najbardziej pasował mi taki, który łączył w sobie cechy mitologicznego sfinksa i realnego kruka (przypominał go mocną sylwetką). Był kolorowy i silny. Jego - moje - skrzydła miały tęczową barwę przez którą przenikała czerń. Byłem pewny siebie, przemierzałem równoległe światy bez lęku. Światy te przepełniały piękno i harmonia. W porównaniu z nimi ziemski wymiar bardziej niż zwykle jawił mi się jako odwieczny, donikąd zmierzający chaos, w którym dobro i zło będą walczyć ze sobą nawet długo potem, gdy wreszcie się on skończy. 
  Ale to już nie była moja działka. Zapuszczałem się coraz dalej, zmieniałem częstotliwości i formy. Coraz rzadziej wracałem do ludzkiej postaci. Czułem się w niej jak w znoszonej, duszącej kapocie.
  O nich, o oficjelach, sługach Matrixa, zapomniałem, więc było oczywiste, że zjawią się lada moment, zawsze przecież „wyrastali jak spod ziemi”, kiedy komuś wydawało się, że jest bezpieczny. Tyle, że ja wszedłem już na inny poziom, w każdym sensie tego słowa; kiedy więc jeden z nich walnął jakimś młotem czy innym taranem w zamurowane drzwi domu moich dziadków, siedziałem akurat na gałęzi pobliskiego drzewa i czyściłem sobie pióra. Bardzo relaksujące zajęcie, o wiele bardziej niż czesanie moich ludzkich kudłów, które układały się zawsze inaczej niż chciałem. Pióra poddawały się moim zabiegom z elastyczną uległością. Pięknie lśniły bez żadnej odżywki. 
  Owo głuche łupnięcie zakłóciło moją toaletę. Spojrzałem w dół. Byli tam, w końcu tu dotarli - wysłannicy systemu, ślepo wykonujący rozkazy, przekonani, że robią to do czego zostali przeznaczeni. 
  Może powinienem się przestraszyć, może ten lęk powinien ściągnąć mnie z powrotem do ludzkiego ciała. Ale tak się nie stało. Przekrzywiłem tylko głowę i patrzyłem dalej z narastającym rozbawieniem. Czułem bowiem, co się zaraz stanie. 
  Wtargnęli do środka, jak to oni, z dzikim wrzaskiem, z bronią, z latarkami, których długie, ostre światła co i raz przecinały ciemność niczym długachne sztylety. Biegali po domu z góry na dół, wykrzykując co i raz, jak na filmach: „Czysto!, Czysto! Czysto!”. W końcu, zdezorientowani, wypadli na zewnątrz. Trzęsło mną ze śmiechu, mocno trzymałem się gałęzi pazurami, żeby z niej nie fiknąć. 
  Nic nie kapowali. Dostali przecież cynk od okolicznych, życzliwych sąsiadów, że najprawdopodobniej ktoś w tym domu zamurował się od środka. Wreszcie jeden z nich, z wyraźnym wahaniem, przełamując lęk, zwrócił się do ich dowódcy:
  - Szefie, w środku nikogo nie ma. 
  - Nie gadaj - odparował szef; mały, gruby, łysy, zły. Miał spojrzenie, które zamieniało w kamień. Żaden z nich nie był aż taki. Zajrzałem w nich, gdy tak stali, i nagle wydali mi się dzieciakami, które zgubiły drogę w gęstym, ciemnym lesie. Większość z nich stanie się więc tak podła jak ich szef, zakazi się od niego. Zło się rozpleni, unieszczęśliwi potem, stopniowo, niezauważalnie, ale skutecznie, kolejnych ludzi, którzy będą z nimi jakoś związani lub jakkolwiek się z nimi zetkną. Nie mogłem tego tak zostawić; musiałem zrobić coś, co choć jednemu z nich pomoże się otrząsnąć. 
  A że szef akurat stał pod drzewem, centralnie pod gałęzią, na której siedziałem… Cóż… Okazja czyni figlarza. Starannie wycelowałem w sam środek łysiny. Delikatnie, niemal bezgłośnie tamże pacnęło… Następnie biała maź cienką strużką niespiesznie spłynęła na czoło szefa. Patrzyłem z ukontentowaniem na swoje dzieło, tymczasem na świecie zapanowała cisza; drzewa przestały szumieć, żaden listek nie śmiał drgnąć, wszystko zamarło. Rzeczony szef zaś odskoczył w bok, zadarł głowę, spojrzał na gałąź, ale mnie już tam nie było. Żyły pulsowały łysemu na skroniach, poczerwieniał, ale nawet nie pisnął, tylko wytarł głowę chusteczką. Potem wyjął zza pleców pistolet i wycelował nim w swoich ludzi. 
  - Jeśli któryś zarży lub choćby zrobi jakąś debilną minę – zastrzelę jak psa. Jeśli ktoś się o tym kiedykolwiek dowie - to samo, wybiorę trzech z was losowo i się nie zawaham, przysięgam. Zrozumiano? 
  Faceci potakująco kiwnęli głowami, ale ich energia się zmieniła. Nadal byli spięci, ale już nie ze strachu przed tym łysym padalcem, tylko dlatego, że powstrzymywali w sobie gromki, tubalny, bezlitosny, wyzwalający śmiech. Może któregoś swoją akcją uratowałem, pomogłem mu uwolnić się ze szponów Matrixa, ale tego już się raczej nie dowiem. 
  Bo gdy oni jeszcze wsiadali do swoich podrasowanych, ryczących wozów, ja byłem już daleko. Śpieszyłem się do gniazda, które niedawno zacząłem budować dla siebie i dla swojej partnerki. Zakochałem się w niej od pierwszego wejrzenia, do tej pory myślałem, że takie coś w ogóle się nie zdarza. I jako człowiek faktycznie nigdy tego nie doświadczyłem. Teraz miłość przepełniała mnie całego i wiedziałem, czułem całym sobą, że była odwzajemniona. 
  Nie mogłem tego stracić. 



Wrzesień, 2023 r. 




środa, 6 maja 2026

Refleksy, wglądy, przejawienia. (20)


  Tarotowy rozkład, Tarotowa wykładnia, to prawda chwili "rozciągniętej" w nieskończoność, w nieskończenie wielu kierunkach, prawda chwili rozbrzmiewającej echem w najmniej spodziewanych miejscach; i to nie tylko dlatego, że – nawet sam z siebie, co często mu się zdarza – Tarot potrafi pokazać czyjeś przeszłe i przyszłe wcielenia.
  Tarot bowiem przede wszystkim i wbrew pozorom nie pokazuje czasu linearnego – mimo, że jest w stanie zobrazować czas danego wydarzenia z dokładnością co do godziny albo i lepiej. Ten moment jest jednak li tylko błyskiem, znikającym punktem – jak każdy inny. I ledwo zmaterializuje się w jednym miejscu, już jest w innym, w innej częstotliwości, a więc i w innej formie, którą Tarot również bezproblemowo wychwytuje, pokazując skąd się ona wzięła i jak może się znowu przemienić. 
  Odsłania to jednak nie zawsze, lecz tylko wtedy, kiedy ma to ułatwić dalszą drogę temu, kto za jego pośrednictwem pragnie zajrzeć do planów bardziej subtelnych niż ten materialny. 

poniedziałek, 12 stycznia 2026

Refleksy, wglądy, przejawienia. (18)


  Za każdą rzeczą stoi (jej) Duch, który ją napędza, nawet wówczas gdy dana rzecz zdaje się nieruchoma; bezruch jest bowiem czymś pozornym, atomy tworzące każdą rzecz (niezależnie od jej stanu skupienia: ciała stałe, ciecze, gazy) znajdują się w bezustannym ruchu. Ponadto atomy w 99,9% są puste. Mówiąc zatem o jakkolwiek istniejącej rzeczy, mówimy o rozedrganej, pustej przestrzeni. To zaś w jakiej odległości od siebie i w jakich strukturach ułożą się atomy zależy od tego, jak zarządzi nimi Duch, cokolwiek by przez to pojęcie rozumieć. 




niedziela, 23 listopada 2025

Refleksy, wglądy, przejawienia. (17)


  Olśnienie (oświecenie, przebudzenie) – nagłe przypomnienie sobie tego, co się przez cały czas wiedziało, ale tłumiło się w sobie, żeby odgrywać daną rolę. Kiedy rola się wyczerpuje, a dzieje się tak, kiedy człowiek zaczyna odtwarzać wciąż te same schematy, które przestają wnosić do życia cokolwiek nowego, a nawet zaczynają być szkodliwe, destrukcyjne, hamujące. Dostrzeżenie tego, połączenie ze zrozumieniem dlaczego tak się dzieje jest właśnie olśnieniem. Wyrzuca ono człowieka z danej roli, która od początku de facto była czymś narzuconym z zewnątrz, jako że wszystkie role tym się charakteryzują. Całkowite zatem olśnienie polega na uwolnieniu się ze wszystkich ról równocześnie, co nie oznacza jednak, że człowiek musi albo powinien, wszystkie je naraz i to literalnie porzucić. Przy niektórych pozostaje – przy tych, z którymi łączy go zew duszy, czyli poprzez które i za sprawą których jego dusza realizuje zadanie, z którym przyszła na świat lub zwyczajnie – w których dobrze się czuje, które sprawiają jej przyjemność. Te zaś role, których nie można z różnych powodów tak szybko i łatwo porzucić, ktoś, kto doznał olśnienia traktuje o wiele lżej niż dotychczas, nie dlatego, że od momentu olśnienia je lekceważy, ale dlatego, że nie są one już w stanie – skoro człowiek wie o ich istnieniu - tak bardzo go więzić, „uwierać psychicznie‟ jak przedtem; może zresztą dostrzec w nich potencjał dotychczas dla niego ukryty. Dzieje się tak dlatego, iż automatyzm odtwarzanych „pusto‟, bez emocji i zaangażowania ról, blokował przepływ energii. Kiedy energia zostaje uwolniona, pękają niewidoczne dotąd tamy. Odsłania się zupełnie nowy krajobraz; niektóre elementy wydają się znajome („wydają‟ ponieważ emanują nową energią), inne zaś sprawiają wrażenie, jakby pojawiły się znikąd, mimo iż przez cały czas były obecne. 

  


piątek, 3 października 2025

Refleksy, wglądy, przejawienia. (16)


  Nie szanując i nie kochając siebie, człowiek nie szanuje i nie kocha Boga. 
  Oczywiście taki człowiek, w którego idea Boga została wszczepiona, najczęściej w dzieciństwie, w stanie kiedy świadomość rozróżniająca jest jeszcze w powijakach, kształtuje się, a tym samym, to co zaindukowane, zwłaszcza przez najbliższych, przyjmuje za naturalne i przede wszystkim - za swoje. 
  Idea Boga, Bóg, zostaje zatem zaimplementowany jako stworzyciel nieba i ziemi, stworzyciel wszelkiej rzeczy przejawionej i nieprzejawionej, zarazem swoim wszelkim stworzeniem będący, przenikający je swoją boskością; w stworzeniu się przeglądający, zdystansowany do niego, karzący, wynagradzający, miłosierny, obojętny bardziej niż wykreowany przez niego głaz - w zależności od danej religii. 
  Jak łatwo się domyślić, tak potężnej idei, wszczepionej w kształtującą się dopiero świadomość, nie tak łatwo się pozbyć. Tym bardziej iż, poprzez związane z ową ideą rytuały i obrzędy, zapada ona bardzo głęboko w podświadomość, tworząc stopniowo, pomału, konsekwentnie paradygmat danego człowieka, powodując iż w pełni on się z nim utożsamia. Zwłaszcza na poziomie na którym musi współegzystować z innymi, współuczestniczyć w uroczystościach powiązanych z danym wierzeniem. Utożsamia się z nim również, kiedy zostaje sam ze sobą, ale... 
  W pewnym momencie coś się zaczyna dziać. Świadomość zaczyna przyglądać się temu, co zostało jej wpojone w czasie, kiedy zdolność wglądu była u niej dopiero w stanie zalążkowym. I dostrzega, że oto zaimplementowano jej, bez jej - siłą rzeczy - świadomej zgody, mocarny koncept, przed którym nie ma gdzie, dokąd ani jak uciec. Bo wszędzie, gdzie by się człowiek (nie) udał natrafia na Jego, Boga, dzieła. 
  Czy będzie to ślepa uliczka czy bezmiar oceanu - wszędzie natrafia na to samo piętno, znamię, tchnienie. Ta sama ręka we wszystkim ma udział. I wiedza ta nie płynie z tego, co człowiek napotyka, ale z niego samego, z jego wnętrza... Zaindukowanego wnętrza. 
  Kontakt z ową Siłą, nie znającą granic, wszystko-przenikającą, jawi się zatem od tej chwili dwojako - jako coś cudownego i wymuszonego zarazem. Cudownego - bo taka zdolność kreacji, bycia Kreatorem i tym, co jest (bezustannie) kreowane, musi budzić podziw. Wymuszonego - bo świadomość rozróżniająca przesyła oto do systemu, tu rozumianego jako jestestwo człowieka, informację, że skoro został stworzony, jest winien. Winien posłuszeństwo, miłość, oddanie, smutek, gdy czuje, że jest nie dość dobry, radość, gdy dobrze wywiąże się z zadania, jakkolwiek rozumianego. Nic nie jest jego, nigdy nie było. 
  Przynajmniej według zaimplementowanej idei i wszystkim, co z nią związane, a to, co z nią związane, organizuje mu de facto, dni i noce. Oczywiście jawi się tak to tylko tym, którzy napływającym do nich wrażeniom, zjawiskom, zdarzeniom powiedzą w którym momencie swojego życia: "Stop" - nie po to, żeby zatrzymać świat, ale po to, żeby sobie dać chwilę do namysłu, żeby pozwolić działać w sobie świadomości rozróżniającej. 
  Odkrycie, że oddziaływanie owej wszechwładnej, zwyczajowo cukierkowo opisywanej Mocy, ma w sobie element wymuszenia, miało go od zawsze, budzi w człowieku bunt. Musi tak być. 
  Bunt zaś rodzi chęć walki. Tylko, że z Bogiem, który jest w absolutnie każdym oddechu, tuż przed nim i tuż za nim, nie da się walczyć. 
  Walka ta zatem zostaje skierowana do środka, do wewnątrz. 
  Człowiek ucieka, żeby sprawdzić, czy zostanie odnaleziony, choć warunkowości swojej ucieczki akurat sobie nie w pełni uzmysławia. Ucieka, żeby przekonać się, czy coś istnieje naprawdę, czy to Światło, o którym mówiono mu od zawsze, jest czymś więcej niż ideą, czy jest żywe. 
  A od Światła może uciec tylko w ciemność, w strefę Cienia, gdzie napotyka to, co zostało uśpione, zepchnięte do podziemi w czasie, kiedy wszczepiono mu koncept wieczystego Boga i przemilczano całą resztę, tę mianowicie, że rzeczywistość nie jest cukierkowa, że nic w niej nie tylko nie jest jednoznaczne, ale może też z chwili na chwilę przemienić się w swoje przeciwieństwo. 
  W strefie tej człowiek może zostać rozerwany na strzępy. Najczęściej jednak, jeśli jest uważny i choćby jaką mikrocząstką siebie pamięta, po co osunął się w ciemne czeluście, zostaje  rozerwany po to, aby na powrót się złożyć. 
  Jedno i drugie wydaje się zatem konieczne - gdyby większości ludzi nie zaimplementowano idei Boga w okresie, gdy ich świadomość rozróżniająca była w powijakach, w późniejszych latach nie mieliby z czym / kim stanąć twarzą w twarz, żeby zadać to najistotniejsze pytanie na świecie: "Jesteś czy Cię nie ma". Nie ma silniejszego doświadczenia, bardziej okrutnego i pięknego, znoszącego zło i dobro, anihilującego w pył wszelki pozór. Trzeba podczas owego doświadczenia umrzeć co najmniej kilka razy. Trzeba nauczyć się wyć, płakać i śmiać się równocześnie. Dlatego pewnie większość ludzi jednak pozostaje przy machinalnie odprawianych obrzędach, automatycznych rytualnych gestach, nie sprawdzając czy jest poza nimi coś więcej, czy są one tylko pustymi formami, czy też portalami, znakami, a może jeszcze czymś innym... 
  A potem nagle wszystko zaczyna się okazywać, "wyświetlać". Jedne rzeczy, zdarzenia, wydarzenia tłumaczą się przez drugie, nimi przenikają, wzajemnie siebie sankcjonują, swoje dziejstwo, odsłaniając, ujawniając sens, który w inny sposób nie mógłby się przejawić. I który nie pozostawia już żadnych wątpliwości, nie pozwala się zakwestionować - poprzez swoją wyrazistość, poprzez fakt, iż odsłonięty splot wydarzeń, wzór, mówi sam za siebie. Jest jaki jest. Tak jak Bóg - gdyż owo niespodziewane ujawnienie, niezłomna logika zawarta w splocie wydarzeń, sytuacji, spotkań pozornie przypadkowych, konsekwencja nie dbająca o odległości czasowe, jakby nie miały żadnego znaczenia, nowy kontekst, który wynika z tego, co dotąd wydawało się oczywiste, a który w ogóle nie był brany pod uwagę, wszystko to przywodzi na myśl niedościgłą siłę, stojącą za tym subtelnym, a zarazem potężnym mechanizmem, ta zaś może kojarzyć się z Bogiem. Zwłaszcza jeśli jego pojęcie zostało wpojone w (ludzką) świadomość, gdy ta dopiero się kształtowała i jak gąbka chłonęła wszystko, co napotkała, usłyszała, o czym się dowiedziała - nawet nie bezpośrednio, a od osób, którym z racji ich "ról", czyli najczęściej rodzicom, wychowawcom ufała bezgranicznie, nie tylko dlatego, że wydawali mu się oni idealni, ale dlatego, że dawało jej to poczucie bezpieczeństwa. 
  I tak tylko chyba może się Bóg przejawiać - w owym w nieskończoność odsłaniającym się, wiecznie żywym, wielowymiarowym obrazie złożonym z nieskończonej ilości puzzli. Bywa on widziany w przebłyskach przez jasnowidzów (a logika i złożoność, z jaką powstawał, co uwidacznia się w astralnym odczycie, wskazuje, że faktycznie za tak misternym i niezłomnym procesem musi stać jakaś Siła, tak konsekwentna, że aż odbierana jest jak myśląca, a skoro tak - również osobowa, choć taka akurat jednak nie jest), co jest źródłem ich radości i rozpaczy równocześnie. Radość wynika z tego, iż udało się jakiś większy wycinek owego wiecznie rozgrywającego się dzieła podejrzeć i sam ów fakt wywołuje dreszcz, bo dokonując takiego podglądu doświadcza się mimowolnego, niezasłużonego, dojmującego współuczestniczenia w czymś wielkim, nieodgadnionym, przenikliwie istniejącym, wciąż, poza czasem, choć również w (umownym) czasie się dziejącym; rozpacz zaś wynika z faktu, iż nic z tym, co się ujrzało na astralnym ekranie, przynajmniej w większej skali, zazwyczaj nie da się zrobić, zdarzeniom mającym przełomowe znaczenie nie da się w żaden sposób zapobiec. 
  W takim ujęciu Bóg i przeznaczenie jawią się więc jako tożsame. 
  Czy w takim razie modlitwa ma jakikolwiek sens? Tak; o ile nie zostanie zamknięta w pustych (wyuczonych), odklepanych (zwykle ze strachu) słowach. Modlitwa musi stać się działaniem, wypełniać każdy gest i ruch, jeśli ma wynieść człowieka poza poziom, na którym ten nie chce się dłużej znajdować - a zwykle przecież w takiej chwili pojawia się potrzeba modlitwy. Działanie to zaś ma być wypełnione pragnieniem związanym z tym, co się chce osiągnąć; czystym, nieskazitelnym przekonaniem, że jest to możliwe; oraz gotowością na to, że owo działanie uwolni w człowieku coś, czego ten się w ogóle nie spodziewał... 

wtorek, 29 lipca 2025

Refleksy, wglądy, przejawienia. (15)


 Życie: wieczne napięcie wywołane, z jednej strony, tym o czym marzymy, czego chcemy, potrzebujemy, z drugiej zaś strony spowodowane tym, co musimy robić, o czym musimy myśleć, do czego jesteśmy zobligowani przez siły zewnętrzne reprezentowane przez społeczeństwo, szeroko rozumiany system, jego reguły i normy. 
  Co ciekawsze, a może przede wszystkim straszno - śmieszne, gdyby nie owe siły zewnętrzne, które odczytujemy, odbieramy jako napierające i opresyjne, marzylibyśmy o czymś innym, niż marzymy, tęsknilibyśmy za czymś zupełnie innym, niż tęsknimy... 




sobota, 15 lutego 2025

W istocie


Te wszystkie rzeczy
Które kiedyś wyrzuciłam
W poczuciu żalu, rozpaczy
Lub przez nieostrożność
(Która nigdy nie jest
Tylko nieostrożnością)
Wciąż wyświetlają się
Na moim wewnętrznym ekranie
Niezmiennie widzialne 
W prażródłowym Zapisie
Co oznacza tyle iż 
Pozostały nietknięte
W swej najgłębszej
Istocie rzeczy

Refleksy, wglądy, przejawienia. (15)

  
  Bóg nie jest osobowy. 
  Bóg bezustannie transformuje. Jest ciągłą przemianą - jednej formy w drugą, drugiej w trzecią, etc., w nieskończoność. Ów wiecznie żywy proces zaświadcza o potężnym potencjale każdej formy - o jej pustce i zarazem pełni, naprzemiennie. O jej nieuchwytności i stałości. 

Refleksy, wglądy, przejawienia. (14)


  Pustka nie istnieje. 
  Pustka istnieje. 
  Te dwa powyższe stwierdzenia są tożsame. 
  Mówiąc "pustka" przywołujemy na myśl coś, co nie ma żadnych właściwości, przymiotów, etc. A zatem - de facto - nie ma o czym mówić, co z kolei oznacza, iż stwierdzenie "pustka nie istnieje" jest pleonazmem, nadmiarowością wynikającą z chęci "opieczętowania" otaczającej rzeczywistości, mającej z kolei swe źródło min. w strachu przez Nieznanym - Nienazwanym. 
  Natomiast teza "pustka istnieje" sankcjonuje egzystencję czegoś, co nie posiada wspomnianych, jakichkolwiek, cech, właściwości, czyli jest dla odmiany zaprzeczeniem samym w sobie. 

niedziela, 8 grudnia 2024

Refleksy, wglądy, przejawienia. (13)


  Gra trwa, dopóki się w nią gra. Nie ma graczy - nie ma gry. Jeśli nikt się nie oburza, nie wzburza, nie irytuje czymś, co ktoś inny wyznaje, wielbi, hołubi - gra się kończy. Podobnie - brak klakierów i potakiwaczy nie karmi guru i dyktatorów, nie daje im racji bytu. 
  Nie ma wtedy o co dalej kruszyć kopii. To jest tak proste, że aż śmieszne.   
  I zarazem to jest niewyobrażalnie trudne...
  Tyle że dopatrywanie się w tym, wyłuskiwanie z tego takiej (lub jakiejkolwiek innej) dychotomii: łatwe - trudne oznacza, że nadal jesteśmy w grze. I że tego w ogóle nie zauważyliśmy. Bo wyłączyć się z gry można tylko świadomie, a nawet nadświadomie - na wyższym poziomie niż ten, na którym odbywa się gra. Gra, która ze swej istoty dąży do naruszenia równowagi - do wyznaczenia wygranego i przegranego. Gra, dla której pionki nie mają żadnego znaczenia - jest jej obojętne, kto w kogo będzie rzucał kwiatami, a kto kamieniami, i że za chwilę, ci, którzy rzucali kwiatami, będą tymi z kamieniami w rękach - i że nawet rzucać będą w tym samym kierunku, co dotychczas...
  W grze nie ma więc miejsca na harmonię, na to, żeby to co jest, było takim, jakie jest - ni mniej, ni więcej, bez potrzeby udowadniania komukolwiek czegokolwiek, bez szukania u niego poklasku. 
  Podczas gry, podczas żonglowania argumentami, umiejętnościami, etc. w celu pozyskania sprzymierzeńca lub odparowania przeciwnika zatraca się, gubi, zanika prawda.  
  Niewykluczone, że właśnie po to gra istnieje. 

wtorek, 16 lipca 2024

Refleksy, wglądy, przejawienia. (11)


  Nie problemy, nie kłopoty, nie trudności, nie dramaty, nie kłody rzucane pod nogi. 
  Nie. 
  Inicjacje. Wzmacniające, uczące, będące portalami, pozwalające wciąż iść naprzód. Pokazujące, kim się jest. 
  Wszystko, co się nam przydarza, zwłaszcza to, co w trakcie swojego dziania się wydaje się nieprzezwyciężalne, takie się właśnie tylko wydaje. Nic nie stoi w miejscu, wszystko jest energią, stale przemieniającą formy (a de facto swoje zagęszczenia), żadna forma nie jest stała, po jakimś czasie zużywa się jej rola, a więc i ona sama musi zaniknąć, tj. wykorzystując potencjał, a właściwie wszechpotencjał, obecny w każdej przejawionej rzeczy, stać się czymś innym, przemienić się, zarówno wewnętrznie, jak i zewnętrznie (wprawne Trzecie Oko potrafi dojrzeć te przemiany, wychwycić jedną rzecz w drugiej, pozornie tylko już nieobecną, w rzeczywistości przetransformowaną, przeważnie jednak nie ma nawet ku temu potrzeby; można jednak bawić się (sic!) w takie obserwacje, wychwytywania, dla czystej nauki, czystego poznania, czystej wiedzy). 
  Wszystko, czego doświadczamy, inicjuje nas w Nowe, które bez owych zdarzeń, czasem odczuwanych jako traumatyczne, nie mogłoby zaistnieć. 
  Nawet śmierć nie jest czymś ostatecznym - jak więc coś, co dzieje się po drodze, mogłoby być czymś definitywnie zamkniętym, z czego nie wynikałoby coś innego? 

czwartek, 23 maja 2024

Refleksy, wglądy, przejawienia. (10)


  Prawda jest w ruchu. 
  Nic bowiem nie dzieje się w próżni. Każde zdarzenie powiązane jest z tym, które je poprzedzało, jak również niesie w sobie zapowiedź zdarzenia, które dopiero ma nastąpić, które z niego ma się niejako wykluć. Błędem jest więc postrzeganie danego zdarzenia w oderwaniu od innych, zawęża to jego sens, czasem kompletnie go nawet wypacza. Dopiero w zestawieniu wyłania się znaczenie, w „połączeniu kropek” - zdarzeń, zjawisk, spotkań - niekiedy nawet bardzo odległych od siebie czasowo. I dopiero też z takiej perspektywy widać, że żadne zdarzenie nie jest banalne, ani też żadne nie jest niebotycznie ważne. Ważność, waga wyłaniającej się stopniowo prawdy ujawnia się wraz z nią; wyłonienie, ujawnienie odsłania zaś nie tylko sens, ale często powoduje również przełom, uwalnia z nas okrzyk: „A więc to tak, to o to chodziło!”. 
  Bezustannie wyplata się zatem przed nami gobelin, wzór złożony z wielu wzorów; trzeba tylko uaktywnić w sobie widzenie, w miejsce zwykłego patrzenia, żeby go dostrzec, żeby prawda wniknęła w nasze życie. 
  Wraz z taką wyłonioną prawdą, często odsłania się też nasze przeznaczenie; zupełnie jakbyśmy byli prowadzeni do niego krok po kroku, właśnie poprzez rzeczone wydarzenia, które będąc zamkniętymi całościami, na głębszym tudzież wyższym poziomie, są równocześnie elementami większej układanki. 
 

piątek, 23 lutego 2024

Refleksy, wglądy, przejawienia. (9)


  We wszystkim jest wskazówka, informacja, znak. Żeby to dostrzec, wystarczy mieć otwarty umysł i takież serce; w połączeniu. Sam umysł, poprzez daną rzecz, za jej pośrednictwem, może odczytać zawarte w niej przesłanie, może pojąć (jak to umysł), jakich ukrytych znaczeń owa rzecz jest nośnikiem, ale nic z tym nie zrobi. Stwierdzi, odnotuje, skonstatuje to, co jest lub raczej to, co się okazało, wyjawiło. Dopiero otwarte serce potrafi wyzwolić najwłaściwsze dla danego znaleziska, odkrycia, działanie. 
 

wtorek, 6 lutego 2024

Refleksy, wglądy, przejawienia. (8)


   Znajdowanie nie jest efektem końcowym szukania. Szukając, de facto, co i raz się znajduje. A potem znów się szuka, równocześnie znajdując. Tyle, że nie zawsze to, co było zamierzone, to, co było wyznaczonym celem poszukiwań. On jest po prostu potrzebny do tego, żeby wyruszyć – w powtarzalną cyklicznie, choć zarazem nieustannie podlegającą fluktuacjom (bo znajdujemy ciągle coś nowego, innego), nieskończoność.



  Przyzwyczajenia: niewidzialne szyby, ściany, które stawiamy tu i ówdzie, a potem (z zaskoczeniem i wzburzeniem) mówimy: „Przecież tędy nie da się przejść!”. I potrzebujemy chwili, i to niejednej, żeby zrozumieć, dlaczego tak jest. 



  Nieważne, na co patrzysz – ważne, co widzisz. 

sobota, 9 grudnia 2023

Refleksy, wglądy, przejawienia. (7)


  Historia Edypa: uciekając przed swoim przeznaczeniem, wpada się prosto w jego objęcia. 
  To samo przydarzyło się prorokowi Jonaszowi. Ucieczka przed przeznaczeniem – przed zadaniem, jakie wyznaczył mu Najwyższy, skończyła się w brzuchu głębinowego potwora. Po tym, gdy został przez niego, na rozkaz Stwórcy, wypluty, prorok już nigdy więcej się nie buntował. 
  A gdyby Bóg machnął ręką? Jak długo taki stwór trawiłby Jonasza, przyprawiając go tym samym o nieznośne męki? Przez całą wieczność? 

„Paszcza lewiatana
Zamykała się na mnie.”

   - napisał w wierszu „Tak mało”, genialny w każdym wersie Czesław Miłosz, nawiązując do powyższej historii, dając jednocześnie świadectwo, że również próbował, lub po prostu poczuł jak to jest (mogłoby być), uciec przed samym sobą.
  Mission: Impossible. Ucieczka nie może się powieść, bo to, co przeznaczone, przeznaczone jest nie bez kozery; po to właśnie, żeby się wypełnić, urzeczywistnić. Ze względu na tego kogoś, kogo dotyczy bezpośrednio, ale i w kontekście znacznie szerszym, nieraz odsłanianym dopiero w trakcie, stopniowo.
  Dzieje się tak, wypełnia się owo przeznaczenie, niezależnie od tego, na ile rozpoznajemy swoje ścieżki, swoje filtry i nastawienia, swój Cień oraz źródło tego wszystkiego; to jest proces, odbywa się on w człowieku i równocześnie poza nim. Przynajmniej tak stanowią archetypowe przekazy. 
  A rzeczywistość (w której się one odbijają i przez którą przenikają)? Czasem potrzeba wielu wcieleń, żeby dotrzeć do siebie pełnego, żeby sfinalizować zadanie.
  Samoświadomość jest tu słowem – kluczem. Samoobserwacja i zarazem dystans do samego siebie. Rozpoznanie tego, co moje i co nie; co zostało narzucone, wdrukowane. 
  Trochę więcej napisałam o tym kiedyś, dawno temu, tutaj

sobota, 2 grudnia 2023

czwartek, 28 września 2023

Refleksy, wglądy, przejawienia. (5)


  Wypadnięcie jednego elementu nie musi oznaczać katastrofy. Może być wręcz wskazaniem, iż należy ułożyć nowy wzór. Bo stary już się wyczerpał o czym świadczy owo wypadnięcie rzeczonego elementu.

wtorek, 15 sierpnia 2023

Refleksy, wglądy, przejawienia. (4)

 

  Chmura, płynąc, zmienia kształt. Podobnie my, przemieszczając się - podróżując w świecie zewnętrznym, zwiedzając, sycąc się widokami, etc., jak i w świecie wewnętrznym przemyśliwując nasze rozterki, problemy, defragmentując je i scalając w nowy, uzdrawiający sposób poprzez pisanie pamiętników, twórczość, wizyty u terapeutów etc. - podlegamy zmianie, często nie zdając sobie jednak z tego w pełni sprawy. I stąd może, z owego braku pełnej świadomości, z braku dogłębnego wglądu w samego siebie, wzięła się brednia, że to czas leczy rany. Czas niczego nie leczy, czasowi jest wszystko jedno. Tylko ruch, owo przemieszczanie równocześnie na zewnątrz i wewnątrz, może spowodować zmianę.



  Każdy medal ma nieskończenie wiele stron. Choć tak naprawdę nie ma żadnego medalu. Jest tylko nieskończenie wiele stron.


czwartek, 20 lipca 2023

Narodziny świata

 
  - Zrozum - powiedział Bóg cichym, lecz jednocześnie stanowczym głosem; głosem, dzięki któremu, jak wierzył, a może już tylko chciał wierzyć, będzie mógł w końcu osiągnąć zamierzony przez Siebie cel - jeżeli cię stworzę, będziesz cierpiał. - Jeśli stworzę świat przejawiony, jeśli oblekę twojego ducha w ciało, to siłą rzeczy - i tu Bóg leciutko westchnął, gdyż został zmuszony, aby tłumaczyć to, co dla Niego było oczywiste, a takie rzeczy zawsze trudno się tłumaczy - stworzę zarazem świat materii; duch wcielony to duch przejawiony w materii. A materia jest nieustępliwa. To zaś, co jest nieustępliwe, zawsze w którymś momencie przynosi ból, przynosi cierpienie. Duch natomiast - tu Bóg uśmiechnął się zachęcająco - duch, zwłaszcza taki, który nigdy nie był przejawiony, którego nie tchnąłem jeszcze w materię nie zna bólu, nie zna cierpienia.
  I teraz Bóg uśmiechał się już naprawdę szeroko, niemal pewny, że odpowiedź na takie wyjaśnienie i związaną z nim dyskretną sugestię może być tylko jedna; mylił się jednak. 

czwartek, 15 czerwca 2023

Refleksy, wglądy, przejawienia. (3)

 
  Zdumiewa mnie łatwość, z jaką używany jest zwrot „przedwczesna śmierć”. Pojawia się on podczas mów pogrzebowych, w artykułach prasowych, reportażach. Czy naprawdę ich autorzy znali jakąś inną, różniącą się od „oficjalnej” datę odejścia osób, których historie życia przytaczali? Że tak retorycznie spytam. Bo tylko tak niesłychana wiedza upoważniałaby ich do używania wspomnianego określenia. Domyślam się, że tym, którzy wplatają go w swoje wypowiedzi wydaje się być on wyrazem współczucia, współodczuwania nawet, co stawia ich w świetle wrażliwców wnikających pod powierzchnię rzeczy, a tym samym jest przejawem zakamuflowanego egotyzmu. Ponadto, w moim odbiorze, ów zwrot oscyluje gdzieś pomiędzy nieświadomą siebie egzaltacją oraz ignorancją. Nie powinien być traktowany jako przenośnia, frazeologizm, etc. Jest błędem rozpoznawczym, błędem wynikającym z braku świadomości odnośnie funkcjonowania otaczającego świata.
  Wymawiany, przytaczany zwłaszcza podczas oficjalnych pożegnań, w obecności bliskich tych, którzy odeszli, ów zwrot dopycha głębiej nóż, który już i tak tkwi w ich sercach.



  W różnorodności - rasowej, płciowej, wyznaniowej, wszelakiej - zawiera się nieśmiertelność.  



  Każdy wiersz jest o tym, o czym tylko chcesz.