środa, 3 czerwca 2026

Przeistoczenie


  Murowałem całą noc. Nie po to, żeby się ukryć, wiedziałem, że bez problemu, wcześniej lub później, mnie znajdą. Dom, w którym zamurowano wszystkie drzwi i okna przyciągnie uwagę; przecież do tej pory wszystko było w porządku. Dom starszych państwa (moich dziadków) na peryferiach miasta co prawda od dawna był opuszczony (dziadkowie zmarli wiele lat temu), ale to nie powód, żeby go zamurowywać. To jakiś absurd. Nikt tak nie robi. 
  Ludzie będą więc wokół niego krążyć, ich dociekliwość zacznie rozprzestrzeniać się jak zaraza i w końcu do oficjeli wszelkiej maści, mundurowych, biurokratów, wojskowych, sługusów Matrixa, których samo istnienie przyprawiało moją duszę o dreszcze, dotrze wieść o zamurowanym domu. Zwłaszcza, że przestanę odbierać pocztę, telefony, nie będę stawiać się na żadne wezwania, próbując udowodnić bezzasadność jakichkolwiek zarzutów.  
  Choć to nawet nie były zarzuty, tylko przyjęte z góry założenia. Pewnie dlatego, że przez całe życie starałem się nie rzucać w oczy, trzymałem się terminów, płaciłem podatki, przechodziłem tylko na zielonym świetle, ustępowałem z drogi, usuwałem się w cień. Czyli miałem coś na sumieniu. Niewinny się tak nie zachowuje. 
  Nikomu, a już na pewno żadnemu z nich, nie przyszło do głowy, że chcę tylko świętego spokoju. Że zachowuję się tak, jak się zachowuję, aby przenigdy nie mieć z nimi nic wspólnego, że nie chcę narażać swojego wnętrza na szwank, na kompletny, niekontrolowany rozstrój. Że wyrwałem się z toksycznego domu i należy mi się odpoczynek. Reset. Być może będę musiał resetować się do końca życia. Uczył się oddychać. Bez zastanawiania się nad każdym słowem, tak jak to było w rodzinnym domu. Wypełzłem z niego, a nie się wyprowadziłem. Sunąłem łokciami i kolanami po gruzie, zryłem skórę do żywego, wyłem z bólu, ale tylko w środku, moja matka ma bowiem słuch jak nietoperz; gdy tylko zdarzyło mi się głębiej westchnąć od razu słyszałem jej pytanie zwykle zaczynające się od:
  "Dlaczego...?" 
  Krew zastygała mi wtedy w żyłach. Matka przyszpilała mnie nim w najmniej oczekiwanych momentach. W dodatku nie uznawała żadnych moich odpowiedzi za wiążące. Każda z nich wywoływała tylko kolejne pytanie - jak na niekończącym się  przesłuchaniu. W rezultacie, nieustająco, czułem się emocjonalnie wymięty. 
  Niemal więc (miało się tę motywację) zaharowałem się na śmierć, pracując po kilkanaście godzin na dobę i oszczędzając na mieszkanie - żeby kupić je bez kredytu. Nie chciałem kolejnych pytań od bankowców. Dokonałem niemożliwego, ale o tamtych, od wezwań wszelkiego sortu, w ogóle wtedy nie myślałem. O tym, że to nie może przejść bez echa. Znacie kogoś bez kredytu? No właśnie. To pewnie też ściągnęłoby mi ich na kark. 
  We względnym spokoju, przerywanym czasami telefonami od matki, po których, każdorazowo, chodziłem po swojej kawalerce jak tygrys po klatce, rycząc, nawykowo, wyłącznie do środka, spędziłem więc zaledwie jakieś trzy lata. Nie pamiętam teraz dokładnie. Teraz skupiam się na dokładaniu cegieł. Mija kolejna godzina, a ja wciąż nie wierzę, że to się dzieje naprawdę, a w takim rozstrojeniu pamięć płata figle; chcę jednak zdążyć przed świtem, zanim ktoś tu się napatoczy.  
  Choć oni i tak po mnie przyjdą, nie mam co do tego złudzeń. Sami może nawet by się tu nie zjawili, ale ci wgapiacze, którzy będą tędy defilować, w końcu ich wezwą. Będą musieli zaspokoić swoją ciekawość. Im też z kolei nie przyjdzie do pustych bani, że za tym, co widzą, kryje się czyjeś pragnienie, coś w co nie należy wściubiać głupiego nochala. Ludzie już tak mają, dlatego ciągle jestem podnerwiony. Bo tego nie kapuję. Dlaczego ludzie nie żyją własnym życiem, czemu są takimi tchórzami? To na mnie działa jak płachta na byka, podminowuje i pewnie to ciągłe napięcie także ściągnęłoby tamtych do mnie. Ten, kto się napina, coś ukrywa. Ja piórkuję, ja naprawdę jestem winny, oni mają rację. Jestem winny temu, że żyję. Od samego początku, starzy pierwsi o tym wiedzieli - na pewno nie byłem planowanym dzieckiem. Ani tym bardziej chcianym. 
  Skończyłem. Gdy tylko wpasowałem ostatnią cegłę, momentalnie otuliły mnie ciemność i cisza. Jakbym znalazł się w kokonie. Aż mnie zatkało. Ale już po chwili poczułem nieznane dotąd ukojenie. Myślałem, że gdy skończę, będę się bał. Że taki odizolowany, samotny (to akurat nic nowego), że zamknięcie, że przecież kocham otwartą przestrzeń. A tymczasem - jest dobrze. Trochę tym zdziwiony, położyłem się na starej wersalce dziadków, na parterze; sam nie wiem kiedy, zasnąłem.  
  Tej pierwszej nocy nic mi się nie śniło, nic się nie wydarzyło. Ciemność w ciemności, pływałem po dnie prastarego oceanu, unosiły mnie wody płodowe pramacierzy. Na krótko obudziłem się w środku nocy - otaczający mnie mrok był taki sam, jak ten ze snu, nieprzenikniony, gęsty, można by go zgarniać łychą. Może zresztą tylko przyśniło mi się to przebudzenie, może śniłem siebie otwierającego oczy w uwięzionej murami ciemności. 
  Gdy byłem mały, bałem się jej; tego co może ze sobą przynieść. Co można ujrzeć podczas nagłego przebudzenia. Kogo. Ja pewnej nocy zobaczyłem matkę. Stała nade mną w białej piżamie i wpatrywała się we mnie. Myślałem, że popuszczę w gacie, jednak zamiast tego bezwiednie otworzyłem usta. "Co się stało, kochanie?" - usłyszałem jedno ze znanych mi na pamięć pytań. "Dlaczego chcesz od nas uciec? Czy aż tak ci z nami źle?" Trzy pytania w jednej serii. Nie odpowiedziałem, tylko rano zrobiłem to, co zamierzałem - umyłem się jak zwykle, po czym wytargałem z szafy spakowaną na okoliczność ucieczki z domu torbę i wyszedłem. Matka śledziła każdy mój ruch, zadawała pytania, błagała, żebym został, ocierała łzy. Ojciec, od jakichś dwóch godzin, jak co dzień, był w pracy, choć zapewne o moim planowanym wojażu również wiedział. Myślę, że miał to gdzieś. Choć prędzej pewnie zakładał, że albo nigdzie się nie wybiorę, albo biegiem do nich wrócę z podkulonym ogonem. 
  To, że wrócę i że mój plan spalił na panewce stało się jasne już w chwili, gdy nocą nawiedziła mnie rodzicielka biało odziana w piżamę. Ucieczka bowiem, która jest wiadomą, wyjawioną sprawą, przestaje być ucieczką. Pojąłem to już po kilkunastu godzinach. Brakowało mi orientacji i ufności do ludzi. Wszędzie też czułem obecność matki, napiętą, zatrwożoną. Nie odstępowała mnie na krok. 
  Wróciłem zatem. Również po to, żeby spojrzeć w oczy kolesiowi, któremu zwierzyłem się ze swojego planu i którego do tamtej pory uważałem za przyjaciela. Gnojek specjalnie zadzwonił do mojej matki, żeby donieść jej o moim pomyśle. Wiedział, jaką mam z nią jazdę, zrobił to z czystej złośliwości. Więcej kumpli w życiu nie miałem. 
  Od tamtej pory bałem się więc nocnych niespodzianek; niestety nawet gdy już mieszkałem sam, zdarzało mi się obudzić w nocy, usiąść na łóżku i nerwowo rozejrzeć dookoła. Stało się to najwyżej kilka razy, ale to i tak za dużo.  
  A tu się obudziłem, nawet nie wiedząc czy na jawie, czy we śnie, i z powrotem, ufnie, odpłynąłem w mrok.
  Poranek rozpoznałem po rozproszonym świetle, które przenikało przez liczne szpary między cegłami. Wewnątrz domu panowała mrocznawa szaruga, ale jakoś nie chciało mi się zapalać latarki. Przeżułem leniwie kanapkę, popiłem herbatą z termosu i... zasnąłem z powrotem. Byłem jak podróżnik, który wrócił z daleka do domu i musi teraz odespać trudy wyprawy. Odzyskać energię, którą zużył na lata harówy, na jałowe rozmowy z ludźmi, z którymi nic go nie łączyło, no i na ostatnie atrakcje - wielomiesięczne chodzenie od okienka do okienka i tłumaczenie się z tego, że nie jestem tym za kogo mnie biorą. Na wypełnianie formularzy pełnych absurdalnych pytań. Zrobiłem wszystko, co w mojej mocy, żeby być wolnym człowiekiem, ale okazało się, że inwigilacja, która towarzyszyła mi od dzieciństwa, ciągnie się za mną jak siwy dym, że tylko przybywa przesłuchujących, zupełnie jakby sprzymierzyli się z moją matką. 
  A może ona była od nich? Może dla nich pracowała? Uśmiechnąłem się do siebie na tę myśl. To było mało prawdopodobne. Oni byli bezwzględni, ona, co by o niej nie mówić, była bardziej wrażliwa niż dziesięciu ludzi razem wziętych. To były dwa światy. Łączyła je jednak paranoja na moim punkcie. 
  Z tą wesołą myślą znów zasnąłem i tym razem śniłem. W środku dnia. Chyba. Mogło się przecież ściemnić na zewnątrz (co zobaczyłem w międzyceglanych przesmykach) z powodu nadchodzącej burzy. Śniłem głęboko i realistycznie, jak nigdy dotąd. 
  W tym pierwszym śnie znów znalazłem się na szpitalnym korytarzu, jak kiedyś na jawie, w dzieciństwie. Znów miałem jakieś dziesięć lat. Matka, wówczas najważniejszy dla mnie człowiek na ziemi, dostała ataku serca (o czym nie wiedziałem), w związku z czym wylądowaliśmy w nocy w szpitalu. Zabrano ją pewnie do jakiejś sali, ojciec, jak sądzę, rozmawiał z lekarzami, może załatwiał jakieś formalności, nie mam pojęcia. Nie mam pojęcia, bo zostałem sam w pustym szpitalnym korytarzu. Jaskrawo oświetlonym, lodowato zimnym, obcym, otchłannym. 
  Zostałem sam na świecie. Byłem tak przerażony, że nawet nie płakałem. Nie czułem żalu do ojca o to, że zostawił mnie samego, że nie wziął mnie ze sobą tam, gdzie był, bo wszystko byłoby lepsze niż ta jarzeniowa otchłań. Nie czułem do niego żalu, bo ojciec zniknął wraz z całym światem. 
  Nagle jednak, siedząc na jednym z krzeseł ustawionych pod ścianą,  usłyszałem dźwięk, który mnie otrzeźwił. 
  Stukot drewniaków.  
  Spojrzałem w stronę skąd dochodził i na końcu korytarza zobaczyłem idącą nim w moją stronę pielęgniarkę. Wszystko od razu wróciło na swoje miejsce. Oto znalazłem się w szpitalu, a nie w bezdennej czeluści. Jestem dzieckiem, a korytarzem idzie pielęgniarka. Ja potrzebuję pocieszenia, ona zajmuje się pomaganiem. Zaraz znajdzie się przy mnie i powie coś miłego, może zaprowadzi mnie do ojca. 
  Jakże się myliłem. Pielęgniarka nawet na mnie nie spojrzała. Miała wprawę – założyłem tak po wielu latach - nie udawała, że mnie nie widzi, ja dla niej po prostu nie istniałem. Taki miała tryb pracy, nic ponad normę. 
  Ostatnio jednak, ku swojemu zaskoczeniu, uświadomiłem sobie coś innego. To mianowicie, że na ostrych dyżurach mało kto ma czas, żeby zająć się dzieckiem siedzącym na krześle, na korytarzu. To dziecko nie krwawi, nie zwisa mu bezwładnie, pod niemożliwym kątem, żadna kończyna. Dziecko jest przytomne, nie wyje, nie krzyczy, jak wielu innych, którzy trafiają na ostry dyżur, nie próbuje wyrywać sobie włosów, zębów ani paznokci, nie próbuje też zrobić tego nikomu innemu. Jest w luksusowej sytuacji. Co prawda, tylko w porównaniu z innymi, ale…
  Ale nikt nie widzi jego wnętrza. 
  W moim zaś wnętrzu zadziało się coś, czego wtedy nie mogłem zrozumieć. Bo przedtem tylko patrzyłem w przepaść, przyglądaliśmy się sobie, nie wiedziałem, że oczekująco, nie wiedziałem, czego to oczekiwanie mogłoby dotyczyć. 
  Kiedy kobieta minęła mnie, jakbym nie istniał, kiedy umilkł stukot jej drewniaków, uległem otchłani, poleciałem w nią. Może zemdlałem, nie pamiętam. Nie pamiętam też, kiedy zjawił się ojciec.  
  To zdarzenie stało się dla mnie potężną traumą. 
  Aż do tej nocy. We śnie (od zawsze miałem dryg do świadomego śnienia) wszystko pozmieniałem, napisałem nowy scenariusz. Już nie siedziałem, jak bezradny dupek żołędny, sam w pustym tunelu wchłanianym przez mrok z innego wymiaru. To znaczy siedziałem, ale niedługo. Ledwo skumałem we śnie gdzie jestem - że znowu na tym samym szpitalnym korytarzu - momentalnie zjawił się przy mnie ojciec. Kazałem mu przyjść myślą swą wysłaną poprzez przestrzeń i czas. Do jedynego syna, jakiego miał - przyjść i ocalić go, zanim wsączy się w jego krwiobieg coś, czego przez lata nie będzie mógł się pozbyć. 
  Przywołany ojciec pochylił się nade mną z troską. Taki wyraz twarzy widywałem u niego na jawie tylko wtedy, gdy psuł mu się samochód. Z takim właśnie zaniepokojeniem kazałem mu teraz dotknąć mojego ramienia i powiedzieć:
  - Nie martw się, synku. Mama miała atak serca… To znaczy – bardzo rozbolało ją serduszko, ale wszystko jest już dobrze, tu są świetni lekarze. Pojedziemy teraz do domu, a mama wróci do nas za kilka dni. Zresztą będziemy ją odwiedzać. Poradzimy sobie, będziemy dzielni. Prawda?
  W odpowiedzi tylko kiwnąłem głową. Widocznie nawet we śnie nie uważałem, że ojciec zasługuje na więcej. Albo zwyczajnie pasowało mi to do śnionego scenariusza. 
  Obudziłem się, płacząc. Płakałem łzami, których zabrakło mi tamtej nocy. Szlochałem tak, że aż zaczęło rwać mnie w klatce piersiowej, więc się opamiętałem. Głupio byłoby, gdyby po mnie przyszli i zastali w środku trupa. Poza tym, bardzo zaintrygowało mnie to, co się we mnie odbywa, jaki fascynujący, transformujący proces. Przynajmniej tak się to zapowiadało.  
  W kolejnych snach napływały do mnie pozostałe wydarzenia z przeszłości. Nieprzepracowane, trzymające mnie na uwięzi kotwice. Matka, przeprowadzająca swoje globalne śledztwa w każdej, najbanalniejszej sprawie, też się naturalnie w nich pojawiła. Zadawała pytania, a ja w odpowiedzi na nie wybuchałem śmiechem (ta metoda sama mnie spontanicznie znalazła), więc dla odmiany czasem wyrzucał mnie z tych snów, niczym z katapulty, mój opętańczy rechot. W końcu, wskutek moich przeprogramowań, matka też zaczęła śmiać się razem ze mną. Pewnej nocy, gdy tylko wypowiedziała swoje "Dlaczego..." i już miała rozwinąć je w pytanie, nagle się zreflektowała, wejrzała w siebie. Doznała olśnienia, pojęła, jak niedorzeczne są jej przesłuchania. Wtedy właśnie zaczęła się śmiać, jak nigdy na jawie, na jawie w ogóle rzadko się choćby uśmiechała… A tutaj, w tym niezwykłym, ale bardzo realnym, choć trzeba się było do niego przedostać przez sen, wymiarze, nagle śmiała się do łez. A kiedy już się uspokoiła, oswoiła ze sobą na powrót, z taką, jaka była naprawdę, spojrzała na mnie z tak ogromną miłością, że znów się obudziłem, szlochając. Ale już nie tak wstrząsająco. 
  Nie wiem, ile dni i nocy byłem już zamurowany i nie miało to znaczenia. Odbywał się we mnie proces, który mógł dokonać się tylko tutaj. Czas go nie dotyczył. 
  Uwolniłem się od matki; a raczej - od pytającej, dręczącej siebie i mnie persony, jaką stworzyła. Uwolniłem się od innych osób i związanych z nimi zdarzeń, których energia podstępnie uwięziła mnie w marazmie, na bagniskach życiowej niemożności. Przemieniając przebieg tamtych historii, wkraczając w nie z mocą, jakiej mi onegdaj zabrakło, unikając emocjonalnych ciosów w splot słoneczny, zatrzymując w locie sztylety, które kiedyś wbiły się w moje serce, wyplątałem się w sposób łatwy i ekscytujący z traumatycznych więzów, z których istnienia w większości nawet nie zdawałem sobie sprawy - tak głęboko, niczym zmutowane ciernie, tkwiły w mojej psyche. 
  Sen zaś pomału stał się główną dziedziną mojego bytowania, budziłem się już tylko po to, żeby coś zjeść i wypić, śniłem natomiast dla samego śnienia. Nie musiałem już od nikogo uciekać. Przede wszystkim nie musiałem uciekać od siebie. Bo to tej niemożliwej sztuki chciałem dokonać, zanim oni nie zmusili mnie do tego, żebym się zamurował.
  Nie musiałem uciekać. Miałem siebie tylko odnaleźć. 
  I odnalazłem, a kiedy to się stało, okazało się, że jest mnie nieskończenie wiele, że istnieję w nieprzeliczonych wcieleniach, formach i wymiarach. Śniąc świadomie, mogłem stać się kim tylko chciałem, robić, co mi się podobało. 
  A najbardziej spodobało mi się latanie. Zaczęło się od zwykłego i zarazem bardzo realnego snu: pomagałem w nim motylowi, który obłąkańczo uderzał w szybę tuż obok otwartego okna w moim mieszkaniu. Nijak nie mogłem go pochwycić, jego przerażone roztrzepotanie zaczęło mi się udzielać, w całym śnionym ciele czułem napięcie i niepokój. W końcu więc wpuściłem do snu swoją świadomość i wtedy już momentalnie wiedziałem, co mam zrobić: kierowany odśrodkowym impulsem, odruchowo, jakby działo się to wiele razy przedtem, podstawiłem motylowi swój wskazujący palec, jakby to była gałąź, a motyl na nim - na niej - usiadł. Wystawiłem rękę za okno. Po chwili, która w moim odczuciu trwała eony, i w końcu zaczęła mnie jakoś organicznie, przez sen, niepokoić, motyl poderwał się do lotu. Z wielką energią wzbił się ponad wierzchołki drzew.
  Długo patrzyłem w ślad za nim, nawet gdy już zniknął. Nagle poczułem, że też tak chcę, że chcę wzbić się i polecieć; a skoro śniłem, moje życzenie od razu się spełniło. 
  Latania nie da się z niczym porównać. Nie znałem dotąd takich częstotliwości i wibracji. Powiedzieć, że byłem szczęśliwy, to nic nie powiedzieć. Byłem tym lotem, nic mnie od niego nie oddzielało. 
  Obudziłem się z uśmiechem na ustach. I jedyne, czego pragnąłem to zasnąć z powrotem. Jedzenia miałem coraz mniej, ale i coraz mniej go potrzebowałem. Im mniej jadłem, tym intensywniej śniłem. Na powrót do tak zwanej jawy, nawet tej zamurowanej, odseparowanej od kołowrotu, który nieustannie toczył się poza domem moich dziadków, miałem coraz mniejszą ochotę, na latanie - coraz większą. Chciałem go doświadczać coraz mocniej, intensywniej. Któregoś razu pomyślałem więc, że mógłbym na rzecz lotu zmienić swoją postać – przybrać inną formę niż ludzka, która coraz bardziej mnie nużyła i ograniczała. 
  Było to łatwe i kuszące; śnienie nie zna wszak żadnych granic. Co i raz stawałem się od tej pory innym stworzeniem, najczęściej jednak ptakiem; najbardziej pasował mi taki, który łączył w sobie cechy mitologicznego i realnego kruka (przypominał go mocną sylwetką). Był kolorowy i silny. Jego - moje - skrzydła miały tęczową barwę przez którą przenikała czerń. Byłem pewny siebie, przemierzałem równoległe światy bez lęku. Światy te przepełniały piękno i harmonia. W porównaniu z nimi ziemski wymiar bardziej niż zwykle jawił mi się jako odwieczny, donikąd zmierzający chaos, w którym dobro i zło będą walczyć ze sobą nawet długo potem, gdy wreszcie się on skończy. 
  Ale to już nie była moja działka. Zapuszczałem się coraz dalej, zmieniałem częstotliwości i formy. Coraz rzadziej wracałem do ludzkiej postaci. Czułem się w niej jak w znoszonej, duszącej kapocie.
  O nich, o oficjelach, sługach Matrixa, zapomniałem, więc było oczywiste, że zjawią się lada moment, zawsze przecież „wyrastali jak spod ziemi”, kiedy komuś wydawało się, że jest bezpieczny. Tyle, że ja wszedłem już na inny poziom, w każdym sensie tego słowa; kiedy więc jeden z nich walnął jakimś młotem czy innym taranem w zamurowane drzwi domu moich dziadków, siedziałem akurat na gałęzi pobliskiego drzewa i czyściłem sobie pióra. Bardzo relaksujące zajęcie, o wiele bardziej niż czesanie moich ludzkich kudłów, które układały się zawsze inaczej niż chciałem. Pióra poddawały się moim zabiegom z elastyczną uległością. Pięknie lśniły bez żadnej odżywki. 
  Owo głuche łupnięcie zakłóciło moją toaletę. Spojrzałem w dół. Byli tam, w końcu tu dotarli - wysłannicy systemu, ślepo wykonujący rozkazy, przekonani, że robią to do czego zostali przeznaczeni. 
  Może powinienem się przestraszyć, może ten lęk powinien ściągnąć mnie z powrotem do ludzkiego ciała. Ale tak się nie stało. Przekrzywiłem tylko głowę i patrzyłem dalej z narastającym rozbawieniem. Czułem bowiem, co się zaraz stanie. 
  Wtargnęli do środka, jak to oni, z dzikim wrzaskiem, z bronią, z latarkami, których długie, ostre światła co i raz przecinały ciemność niczym długachne sztylety. Biegali po domu z góry na dół, wykrzykując co i raz, jak na filmach: „Czysto!, Czysto! Czysto!”. W końcu, zdezorientowani, wypadli na zewnątrz. Trzęsło mną ze śmiechu, mocno trzymałem się gałęzi pazurami, żeby z niej nie fiknąć. 
  Nic nie kapowali. Dostali przecież cynk od okolicznych, życzliwych sąsiadów, że najprawdopodobniej ktoś w tym domu zamurował się od środka. Wreszcie jeden z nich, z wyraźnym wahaniem, przełamując lęk, zwrócił się do ich dowódcy:
  - Szefie, w środku nikogo nie ma. 
  - Nie gadaj - odparował szef; mały, gruby, łysy, zły. Miał spojrzenie, które zamieniało w kamień. Żaden z nich nie był aż taki. Zajrzałem w nich, gdy tak stali, i nagle wydali mi się dzieciakami, które zgubiły drogę w gęstym, ciemnym lesie. Większość z nich stanie się więc tak podła jak ich szef, zakazi się od niego. Zło się rozpleni, unieszczęśliwi potem, stopniowo, niezauważalnie, ale skutecznie, kolejnych ludzi, którzy będą z nimi jakoś związani lub jakkolwiek się z nimi zerkną. Nie mogłem tego tak zostawić; musiałem zrobić coś, co choć jednemu z nich pomoże się otrząsnąć. 
  A że szef akurat stał pod drzewem, centralnie pod gałęzią, na której siedziałem… Cóż… Okazja czyni figlarza. Starannie wycelowałem w sam środek łysiny. Delikatnie, niemal bezgłośnie tamże pacnęło… Następnie biała maź cienką strużką niespiesznie spłynęła na czoło szefa. Patrzyłem z ukontentowaniem na swoje dzieło, tymczasem na świecie zapanowała cisza; drzewa przestały szumieć, żaden listek nie śmiał drgnąć, wszystko zamarło. Rzeczony szef zaś odskoczył w bok, zadarł głowę, spojrzał na gałąź, ale mnie już tam nie było. Żyły pulsowały łysemu na skroniach, poczerwieniał, ale nawet nie pisnął, tylko wytarł głowę chusteczką. Potem wyjął zza pleców pistolet i wycelował nim w swoich ludzi. 
  - Jeśli któryś zarży lub choćby zrobi jakąś debilną minę – zastrzelę jak psa. Jeśli ktoś się o tym kiedykolwiek dowie - to samo, wybiorę trzech z was losowo i się nie zawaham, przysięgam. Zrozumiano? 
  Faceci potakująco kiwnęli głowami, ale ich energia się zmieniła. Nadal byli spięci, ale już nie ze strachu przed tym łysym padalcem, tylko dlatego, że powstrzymywali w sobie gromki, tubalny, bezlitosny, wyzwalający śmiech. Może któregoś swoją akcją uratowałem, pomogłem mu uwolnić się ze szponów Matrixa, ale tego już się raczej nie dowiem. 
  Bo gdy oni jeszcze wsiadali do swoich podrasowanych, ryczących wozów, ja byłem już daleko. Śpieszyłem się do gniazda, które niedawno zacząłem budować dla siebie i dla swojej partnerki. Zakochałem się w niej od pierwszego wejrzenia, do tej pory myślałem, że takie coś w ogóle się nie zdarza. I jako człowiek faktycznie nigdy tego nie doświadczyłem. Teraz miłość przepełniała mnie całego i wiedziałem, czułem całym sobą, że była odwzajemniona. 
  Nie mogłem tego stracić. 



Wrzesień, 2023 r. 




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz